Od filtrów do elektromobilności

Z Grzegorzem Tomasikiem, dyrektorem ds. produkcji i członkiem zarządu PZL Sędziszów, rozmawia Sławomir Górzyński

- Podkarpacie  ma ogromne tradycje przemysłowe. Region ten stanowił część przedwojennego Centralnego Okręgu Przemysłowego. PZL Sędziszów  jest żywym dowodem możliwości COP, siły polskiej gospodarki, która stawiała w latach 30. na nowoczesność, nieszablonowe, nowe technologie. Czy pańska firma nadal chce iść w awangardzie postępu technologicznego?

- Chcemy ze szczególną mocą wziąć udział w rozwoju polskiej motoryzacji. Spójrzmy jakiego rozpędu nabrały gospodarki Górnego i Dolnego Śląska po uruchomieniu fabryk Fiata, Opla, Mana, produkujących podzespoły i całe aplikacje do przemysłu motoryzacyjnego. Gliwice i - zdawało się jeszcze 15 lat temu upadające miasto - Wałbrzych rozwijają się obecnie w tempie niesamowitym. My również chcemy dołączyć do tego grona miast i regionów kraju. Przecież okolice Rzeszowa, gdzie znajduje się pięknie rozwijający się port lotniczy Jasionka, gdzie jest Dębica i Mielec - miasta o ogromnych tradycjach przemysłowych, stanowią bardzo duży potencjał rozwojowy. Mamy naprawdę duże argumenty na taki przyspieszony rozwój. Trzy miesiące temu na Uniwersytecie Rzeszowskim obchodziliśmy uroczyście 80-lecie powstania COP-u. Poza tym widać, że obecny rząd docenia wkład  Podkarpacia w rozwój przemysłu, o czym świadczy chociażby Kongres 590 już drugi raz zorganizowana w stolicy Podkarpacia. Polski produkt stanowi synonim dobrej jakości. Nie musimy się go wstydzić. Jest on pożądany na innych rynkach. COP był takim ostatnim projektem, który zadziałał, sprawdził się i pewnie pociągnąłby Polskę znacznie do przodu, gdyby nie druga wojna światowa. Wtedy dużą rolę odegrał rząd i państwowe dotacje na rozwój tutejszego przemysłu. Liczę, że obecnie będzie panował podobny trend, który pozwoli firmom z rodzimym kapitałem rozwinąć skrzydła.

- PZL jest w Polskiej Grupie Motoryzacyjnej skupiającej firmy z Podkarpacia, ale nie tylko. Jakie główne zadania grupa przemysłowa stawia przed sobą?

- PZL jest jednym z pomysłodawców i twórców tej grupy. Prezes Adam Sikorski jest również szefem PGM. Organizacja działa od roku. Tworzy ją kilkanaście Polskich podmiotów. Wiedzieliśmy po co tę grupę tworzymy. Widzę na spotkaniach PGM, jak ludzie zaczynają postrzegać tę inicjatywę i doceniać to, co robimy. Żeby zostać członkiem PGM, trzeba spełnić tylko dwa warunki: trzeba być polską firmą przynajmniej w 51 proc. i prowadzić działalność produkcyjną.  Takie reguły ustaliliśmy i dlatego propagujemy patriotyzm gospodarczy. Nie wszystkie korporacje patrzą na naszą inicjatywę przyjaznym okiem. Wyznajemy trochę inne wartości, ale wszyscy pracujemy w Polsce. Nikt się nie obraża. Jednak proporcje kapitałowe są bardzo niekorzystne dla Polski i trzeba je zmienić. Tylko 6 proc. wartości rynku motoryzacyjnego w Polsce przynoszą przedsiębiorstwa z polskim kapitałem. Reszta to są firmy z kapitałem zagranicznym.

- A jak obecnie wygląda średnia płaca na Podkarpaciu? Mocno odbiega od średniej krajowej, czy już nie bardzo?

- Podkarpacie jest w dalszym ciągu rejonem, gdzie poziom wynagrodzeń jest niższy niż w innych bardziej uprzemysłowionych rejonach Polski. Ale z drugiej strony czyni je to bardziej atrakcyjnym dla przedsiębiorców z punktu widzenia kosztów pracy. Uważam, że zrównanie się tych poziomów jest kwestią czasu i raczej nieuniknione, patrząc na tempo rozwoju regionu. Cieszy mnie natomiast fakt, że coraz mniej młodych ludzi wyjeżdża za granicę w poszukiwaniu pracy. Co ciekawe, niektórzy wracają z Anglii. To jest chyba po części również  efekt  brexitu.

- Jako region na razie czekacie na swoją szansę, bo argumenty już macie...

- Przede wszystkim lotnisko, na którym mogą lądować nawet największe samoloty świata i autostrada A4. Sam Rzeszów jest już inaczej postrzegany niż tylko małe miasteczko na południowym wschodzie. To coraz bardziej europejsko wyglądająca aglomeracja. Nasza firma także przyczynia się do rozwoju Podkarpacia. Wszędzie, gdzie bywamy na świecie, staramy się ten region promować.

- Czy temu służyć będzie także wykupienie 69 proc. udziałów czeskiej firmy Böme Plast-Technik z Pragi?

- Uważam, że będzie to dla nas dobra inwestycja. Firma zajmuje się produkcją różnego rodzaju elementów plastikowych wykorzystywanych w produkcji samochodów. Böhm Plast-Technik jest dostawcą m.in. do Volkswagena i Skody. Chodzi nam bowiem o szybki rozwój w dobrym kierunku. Fajną sprawą jest to, że kupiliśmy ciekawą firmę, z klientami i dobrymi produktami. Nikt z klientów nie odszedł, nie przestraszył się tej fuzji.

- Polska gospodarka na tyle się już zmieniła, że chyba jest coraz mniej obaw w takich przypadkach?

- Dotąd to zazwyczaj zagraniczne podmioty przejmowały nasze firmy. To zaczyna się zmieniać. Rynek motoryzacyjny w Europie jest już tak poukładany, że chyba nikt już się nie dziwi temu, że polska firma kupuje jakiś podmiot za granicą albo tworzy tam spółkę czy swój oddział.

- PZL Sędziszów zmienia się nie tylko w ten sposób. Trzy lata temu prezes Sikorski obiecał, że pusty w dużej części biurowiec zostanie zaadaptowany na mieszkania. No i ta zapowiedź już się sprawdza?

- Udało się na czterech piętrach dawnego biurowca stworzyć 43 mieszkania o powierzchni od 40 do 90 metrów kw. Sprzedaliśmy już kilka z nich. Mieszkań o takim standardzie nie było do tej pory w Sędziszowie Młp. Dużym argumentem dla miasta jest fakt, że ulica Fabryczna dzięki nowemu, eleganckiemu obiektowi, zyskała bardzo na wyglądzie. To bardzo poprawiło wizerunek miasta.

- Na terenie zakładu także sporo się zmieniło. Zniknęło kilka budynków. Czy to oznacza także sprzedaż części terenu PZL?

- Absolutnie nie. Teren pozostawiliśmy, ponieważ związane są z nim konkretne plany rozwojowe zakładu. Zlikwidowaliśmy budynki, które generowały nam koszty, w zamian nic nie dając. Wyburzeniu uległa hala dawnych warsztatów szkolnych, których mnie osobiście było najbardziej żal. Poza tym kotłownia i jeden wydział produkcyjny.

- Wspomniał pan o szkolnictwie zawodowym, a właściwie wyburzeniu dawnych warsztatów szkolnych. Szkolenie nowych kadr we własnym zakresie w ogóle was nie interesuje?

- To, co pod koniec lat 90 i na początku XXI wieku zrobiono ze szkolnictwem zawodowym, niestety powoduje dużą lukę w dostępności do fachowców na rynku pracy. O ile uczelnie wyższe techniczne dają sobie radę, o tyle szkolnictwo zawodowe i średnie techniczne poniosło sromotną porażkę. Niebawem będzie olbrzymia dziura pokoleniowa i w najbliższych latach zacznie brakować fachowców wielu specjalności. Podejmujemy inicjatywę z Zespołem Szkół w Sędziszowie, gdzie utworzona została klasa o profilu elektromechanik. Jako przedsiębiorstwo zapewniamy uczniom praktyki, wsparcie w postaci materiałów dydaktycznych, a w wakacje oferujemy im podjęcie pracy.

- A po skończeniu szkoły stałe zatrudnienie?

- Oczywiście. Po to zorganizowaliśmy tę klasę. Wolimy zatrudnić ludzi, którzy znają naszą firmę, specyfikę produkcji. Ta klasa daje nadzieję, że my powinniśmy mieć łatwiej, a oni także nie będą musieli szukać innego miejsca zatrudnienia.

- Myślicie pewnie także o inwestycji w pozostałe obiekty fabryczne. Przecież mają one już prawie 80 lat.

- Stare budynki są można powiedzieć pancerne, jednak ergonomicznie nie są dopasowane do obecnej koncepcji. Będziemy kontynuowali modernizację, którą zaczęliśmy kilka lat temu. Mamy wolne prawie 6 ha terenu. To kwestia czasu, gdy powstaną na nich nowe hale.  Perspektywa 6-7 lat.

- Czy będą tam produkowane tylko filtry, czy może coś zupełnie nowego?

- Patrząc na park maszynowy, jakim dysponujemy, oraz na doświadczenie, z pewnością od filtrów nie odejdziemy. Jednakże już dzisiaj mamy pewne linie produktowe, które nie są związane z filtracją. Dostarczamy podzespoły do Borg Warner. Mamy narzędziownię, która zaopatruje różne firmy na Podkarpaciu. Mamy też wydział wojskowy, gdzie produkujemy elementy do przemysłu lotniczego. Naszą przyszłość postrzegamy w elektromobilności.

- Czym to się będzie objawiało? To co, może jakiś polski samochód elektryczny?

- Trafił pan w sedno. Premier Morawiecki bardzo często mówił w swoim planie gospodarczym o elektromobilności i milionie aut elektrycznych. W ciągu najbliższych lat w tej mierze na pewno wiele się wydarzy w naszym kraju. Chcemy być aktywnym uczestnikiem tego procesu. Nie wykluczamy produkcji aut. Obserwujemy, co dzieje się w USA i Chinach, które są najbardziej zawansowane w tej mierze. Powstała spółka Elektromobility Poland, którą powołało ministerstwo rozwoju. Ogłoszony był konkurs na wizualizację polskiego auta elektrycznego. Przystąpiło do niego mnóstwo firm, spośród których wyłoniono pięcioro finalistów. Spośród nich wyłoniono zwycięzcę. Wygrała spółka autorska trzech młodych inżynierów. Ich wizualizacja o nazwie Curie+ wygrała. Jako PGM weszliśmy z tą firmą we współpracę. Curie+ wraz z PGM wystąpiło w kolejnym konkursie na wykonanie prototypu. Stworzyliśmy konsorcjum, które zajmie się realizacją projektu. Mamy teren, wolne hale i możemy zaczynać.

- Taki nawet dosyć prosty samochodzik składa się z bardzo wielu elementów, jak chociażby napęd, zawieszenie, akumulatory, koła, itd.

- Napędu pewnie nie będziemy tworzyć od podstaw, bo takiego nikt w Polsce nie produkuje. Na rynku są już wytwarzane tego typu jednostki, np. przez Siemensa. Pozostałe części będziemy w stanie wyprodukować we własnym zakresie. Chcemy wykorzystać potencjał polskiego przemysłu, ale państwo musi nas wesprzeć w wygenerowaniu potrzeby na rynku. Tak jak ma to miejsce w Norwegii, Holandii, Niemczech, Chinach czy USA. Są wypożyczalnie rowerów mogą być też samochodów elektrycznych. To już funkcjonuje w wielu aglomeracjach miejskich na świecie. Chodzi o to, żeby nie skończyło się tylko na prototypie.

- Wtedy takie auto poruszające się po mieście i okolicy musiałby mieć zasięg około 400 km na jednym ładowaniu.

- W przypadku projektu Curie+ auto powinno na jednym ładowaniu pokonać nawet 500 km…

- Doskonały wynik…

- …ale jest druga strona medalu, czyli warunki, w jakich pojazd będzie eksploatowany. To, z jaką prędkością się poruszamy, jaką pogodę mamy na zewnątrz, czy jedzie się pod górkę, pod wiatr oraz wiele innych czynników będzie decydować o tym, na jak długo starczy nam baterii. Poruszając się z maksymalną prędkością limit przejechanych kilometrów może spaść o 40 proc. Auta elektryczne na początku to będą pojazdy do jazdy miejskiej. Autostrady to raczej pieśń przyszłości. Samo ładowanie musi trwać kilkadziesiąt minut. Samochód elektryczny spowoduje, że przestaną być potrzebne niektóre stacje paliw, bo ładowanie akumulatorów można będzie zrobić wszędzie, np. na zakupach w centrum handlowym, w czasie pobytu w restauracji, w kinie, na parkingach. Chyba że tak jak w Japonii, w autostradzie zastosuje się ładowanie indukcyjne, ale to bardzo drogi sposób.

- Dziękuję za rozmowę.

 

Zobacz cały numer PO 3/154 (Marzec 2018)

drukuj  
Komentarze użytkowników (0)
Brak komentarzy. Bądź pierwszy - dodaj swój komentarz
Musisz być zalogowany aby dodać swój komentarz
Ogłoszenia
Brak ogłoszeń do wyświetlenia.
Zamów ogłoszenie

FOTONEWS - GALERIE

© Copyright 2018 Przegląd Oponiarski

Projektowanie stron Toruń